Eksperyment Rosenhana – kto tu właściwie zwariował?

Na świecie nie ma ludzi normalnych – są tylko niezdiagnozowani. To dowcipne stwierdzenie kryje w sobie więcej, niż mogłoby się nam wydawać. Bo jak, z całą pewnością, odróżnić normalność od patologii? Czy kryteria diagnozy zaburzeń naprawdę są obiektywne i nie poddają się dyskusji?

Rosenhan, amerykański psycholog, poddał w wątpliwość metody diagnostyczne, jakimi posługiwali się jemu ówcześni psychiatrzy. Podejrzewał, że do oceny stanu pacjenta bardziej przyczynia się kontekst sytuacyjny, aniżeli faktyczny stan jego zdrowia i samopoczucia. Założył, że skoro ich techniki są prawidłowe, bez problemu odróżnią osoby zdrowe od chorych.

W przebraniu schizofreników

W 1972 roku utworzył plan eksperymentu, którego głównym celem było wprowadzenie zupełnie zdrowych ludzi do szpitala psychiatrycznego. Wśród ośmiu zwerbowanych przez niego pseudopacjentów znaleźlibyśmy trzech psychologów (w tym samego zainteresowanego), psychiatrę, pedagoga, malarza, gospodynię domową i studenta. Żadna z tych osób nie miała nigdy problemów ze zdrowiem psychicznym. Każdy z nich dostał taką samą instrukcję – mieli zadzwonić do jednego z dwunastu szpitali w pięciu stanach i umówić się na wizytę. Po przybyciu mieli zgłaszać, że słyszą głosy, które mówią wyrazy takie jak „pusty”, „wydrążony” oraz „łomot”. Był to jedyny prezentowany przez nich objaw, poza tym mieli zachowywać się tak, jak na co dzień. Wszyscy zostali przyjęci – u siedmiorga z nich zdiagnozowano schizofrenię, u jednej osoby natomiast zaburzenia maniakalno-depresyjne.

Podczas pobytu w szpitalu nie przejawiali żadnych objawów. Wiedzieli, że musza przekonać personel, że są na tyle zdrowi, aby móc wyjść na wolność. Nie mieli pojęcia, kiedy wyjdą ze szpitala. Skrzętnie notowali swoje doświadczenia, z czym początkowo mocno się ukrywali. Gdy okazało się, że jest to postrzegane jako jeszcze jeden z objawów choroby, mogli robić to w pełni jawnie. Przez cały czas pobytu zachowywali się jak wzorowi pacjenci, współpracowali z lekarzami i personelem. Przyjmowali również wszystkie podawane im lekarstwa, nie połykali ich jednak, a spuszczali w toalecie.

Swój (nie) pozna swego

Każdy z badanych spędził w szpitalnych warunkach średnio 19 dni. Najkrótszy pobyt trwał ledwie tydzień, najdłuższy – 52 dni. Żaden z nich nie został zdemaskowany. Podczas wypisu dostali diagnozę, mówiącą, że ich choroba jest w stanie remisji. Co ciekawe, nikt z pracujących w szpitalach lekarzy, pielęgniarek i reszty personelu nie przejrzał naszych symulantów. Podpadli oni jednak reszcie pacjentów. W trzech przypadkach wyrażali głośno swoje podejrzenia w kierunku badaczy. Udało im się to, czego nie dokonali kształceni w tym kierunku specjaliści.

Niebezpiecznie etykiety

Co tak naprawdę pokazuje nam badanie Rosehana? Czy faktycznie niemożliwe jest, by w warunkach szpitalnych odróżnić osobę zdrową od chorej? Po opublikowaniu wyników stały się one wodą na młyn dla przedstawicieli tak zwanej antypsychiatrii, nurtu, który zaprzecza istnieniu chorób psychicznych samych w sobie. O ile z tym podejściem trudno nam się zgodzić, o tyle bezsprzecznie możemy zauważyć tu działanie mechanizmów stygmatyzacji czy etykietyzacji. To proste procesy, polegające na tym, że gdy jednostkom zostaną nadane pewne określenia, przyjmują one w konsekwencji nadane im cechy i zachowują się zgodnie z przypiętą im etykietką. Kto trafia do szpitala, staje się chorym. To ta cecha staje się główną definicją jego osoby. W tym wypadku zwykłe robienie notatek stało się jednym z objawów choroby. Nadane im etykiety miały też wpływ na to, jak lekarze interpretowali ich życiowe doświadczenia. Jak pewnie pamiętacie, badani nie prezentowali żądnych objawów, poza uskarżaniem się na głosy w momencie przyjmowania do szpitala. Gdy opowiadali o swoim życiu, mówili prawdę. Jakie było ich zdziwienie, gdy niewinne sytuacje z ich życia zostały niejako dopasowane do ich chorobowej metryczki!

Dzięki pracy Rosenhana zaczęto stosować procedury diagnostyczne z dużo większą ostrożnością. Zaczęto również zdawać sobie sprawę z tego, jakie niebezpieczeństwa niesie ze sobą nadawanie pacjentom krzywdzących etykiet. Od tamtego doświadczenia minęło ponad 40 lat, warunki w szpitalach, a także możliwości pomocy uległy znacznej poprawie.

Na zakończenie warto wspomnieć o reakcji dyrekcji jednej z placówek, która brała udział w eksperymencie. Jej zarządcy uważali, że to niemożliwe, aby w ich szpitalu doszło do takich zaniedbań. Rosenhan poinformował ich, że aby to sprawdzić, w ciągu najbliższych trzech miesięcy pseudopacjenci znów będą próbowali dostać się na oddział. Przez ten czas przyjęto do placówki 193 pacjentów. O 41 podopiecznych wątpliwości wyraził co najmniej jeden pracownik. 23 z nich z dużym prawdopodobieństwem zostało uznanych za oszustów przez minimum jednego lekarza psychiatrę. Wspólnie, psychiatra i co najmniej jeden pracownik za pseudopacjentów uznali 19 osób. Jesteście ciekawi, ilu potencjalnych kuracjuszy faktycznie wysłał na oddział Rosenhan? Liczba ta wynosi okrągłe zero…

Literatura:
40 prac badawczych, które zmieniły oblicze psychologii, R.R. Hock
Przełom w psychologii, K. Jankowski

Poczytaj także o innych eksperymentach:

O eksperymencie Milgrama pokazującego siłę autorytetu pisaliśmy tutaj.
O małym Albercie i jego reakcji na warunkowanie pisaliśmy tu.
O wyuczonej agresji i słynnym badaniu Bandury pisaliśmy tutaj.
O tym, jak ważne jest dla nas zdanie innych ludzi pisaliśmy w artykule „Eksperyment Ascha – potęga konformizmu”.
O tym, skąd bierze się miłość i eksperymencie Barlowa pisaliśmy tutaj.
Kij, marchewka i psy Pawłowa, czyli rzecz o warunkowaniu. 
O najgłośniejszym eksperymencie ostatnich lat, czyli o eksperymencie więziennym prof. Zimbardo pisaliśmy tutaj.

Komuś z twoich znajomych przyda się wiedza zawarta w artykule? Powiadom ich o tym! Używając poniższych ikonek. No i nie zaszkodzi polubić 😉

Komentarze
Akceptuję regulamin komentarzy i użytkowania portalu rozumnie.pl

Skomentuj jako pierwszy.